![]() |
środa, stycznia 15, 2014
Philadelphia, PA - Styczeń 2014
Wycieczka do Philadelphi w Styczniu okazała się być fatalnym pomysłem. Pomimo odpowiedniego przygotowania się i sprawdzenia lokalnych atrakcji nie przewidziałem, że pogoda da mi się we znaki i będzie aż tak zimno. Na dworze było conajmniej -10 stopni Celsjusza co w połączeniu z przenikliwym zimnym wiatrem szybko zneutralizowało we mnie jakąkolwiek chęć i ochotę sprawdzania lokalnych atrakcji. Ominęły mnie więc posąg Rocky'ego czy sławne schody które widziałem tylko z samochodu. Poza tym miasto wywarło na mnie bardzo negatywne wrażenie za sprawą wszechobecnej biedy. Nie taką sobie Philadelphię wyobrażałem i wyjeźdzałem z niej mocno zawiedziony. Nie oznacza to jednak, że miasto nie ma nic do zaoferowania. Może po prostu wybrałem się do niego w złym czasie.
Poniższe fotki pochodzą z największej atrakcji turystycznej Philadelphi która to opowiada o początkach USA. Widok na Libery Bell czy Liberty Hall na pewno robi duże wrażenie. Do tego dochodzi grób Benjamina Franklina i budynek mennicy państwowej.
Lokalizacja:
Philadelphia, PA, USA
czwartek, sierpnia 01, 2013
Montauk, NY - Lipiec 2013
Mieszkając na Long Island aż grzechem jest nie wybrać się na sam koniec wyspy do uroczego miasteczka Montauk. Podróż Manhattanu to przynajmniej 4-5 godzin jazdy autem, ale po dotarciu na miejsce zapomina się o trudach podróży. Z lokalnych atrakcji najważniejszym jest park stanowy wraz z miejscową latarnią i najdalej wysuniętym punktem na wyspie. Dodatkowo w lecie można spędzić przyjemne i relaksujące chwile na plaży, udać się na jakiś lokalny koncert czy po prostu pochodzić i pozwiedzać okoliczne sklepiki czy restauracje. Widoki są naprawdę bajeczne.
Lokalizacja:
Montauk, NY, USA
sobota, czerwca 01, 2013
Mystic, Connecticut - Maj 2013
![]() |
| Panorama Mystic kojarzy się na pierwszy rzut oka z miasteczkiem z gry Alan Wake |
Parę fotek z akwarium w Mystic
Lokalizacja:
Mystic, Stonington, CT, USA
poniedziałek, sierpnia 27, 2012
Taipei - kwiecień 2012
| Taipei 101 |
W kwietniu 2012 udałem się w swoją drugą
podróż służbową której pierwszym etapem był Taipei na Tajwanie. Fajną sprawą
było to, że miałem okazję podróżować klasą biznes i po raz pierwszy zobaczyć Azję.
Jako, że leciałem z Nowego Jorku to korytarz powietrzny prowadził przez Biegun
Północny, Syberię, Mongolię i Chiny. Widoki kapitalne, a linie lotnicze Cathay
Pacific po dzień dzisiejszy pozostają moim ulubionym przewoźnikiem.
Przygoda zaczęła się już na lotnisku JFK
gdzie podczas odprawy zostałem poinformowany, że wszystkie bilety w klasie
biznes są wyprzedane i że jeżeli zgodzę się na zamianę swojego biletu na klase
ekonomiczną to dostanę $8000 – płacone gotówką! W związku z tym, że bilety
opłacała mi firma to odmówiłem. Nie chciałem ryzykować utraty pracy za $8000. Dodatkowo
po 15 minutach zupełnie przypadkowo napotkałem panią vice-prezes która leciała
do Hong Kongu dokładnie tymi samymi liniami. Nie zrozumcie mnie źle, $8000 to
naprawdę sporo kasy, ale nie zawsze ryzyko jest warte wyprawki.
niedziela, czerwca 10, 2012
Juventus Turyn vs New York Red Bulls 2010
Parę fotek z meczu Juventus Turyn przeciwko New York Red Bulls wygranego przez drużynę z Nowego Jorku 3:1. Mecz odbył się tuż po transferze Thiery Henry to drużyny Red Bulls, ale zawodnik w meczu nie wystąpił.
środa, czerwca 06, 2012
Pow Wow Indian Fesitval 2009 Shinnecock
We wrześniu 2009 pojechałem na wschód Long Island żeby zobaczyć coroczny festival indiański w rezerwacie Shinnecock. Bardziej przypominał on odpust czy jarmark na którym można było zakupić różnego rodzaju zupełnie nieprzydatne drobiazgi.
Niagara Falls 2010
W styczniu 2010 udało mi się odwiedzić kanadyjską stronę wodospadu Niagara. Podróż autem z Long Island która trwała ok. ~8h w jedną stronę. Biorąc pod uwagę, że wyprawa została zorganizowana w styczniu to z pewnością ominęła mnie cała masa atrakcji turystycznych które uruchomione są w sezonie. Ale też widok prawie zamarzniętych wodospadów robi wrażenie.
sobota, czerwca 02, 2012
Minnesota 2009
W sierpniu 2009 odbyłem swoją pierwszą podróż służbową. Celem była Minnesota w stanie Minneapolis. Miasto wywarło na mnie wrażenie naprawdę czystego, gdzie dużo uwagi przywiązuje się do ochrony środowiska np. środki komunikacji miejskiego korzystające z technologii hybrid. Z drugiej strony to nie Nowy Jork, po godzinach pracy miasto pustoszeje.
piątek, maja 25, 2012
Helsinki - Finland
W sierpniu 2009 w drodze powrotnej z Polski miałem okazję spędzić jeden dzień w Helsinkach. Miasta oczywiście nie da się zaliczyć w ciągu jednego dnia, ale to co zobaczyłem, zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Pomimo tego, że pobyt odbywał się pod koniec sierpnia, to pogoda mnie zbytnio nie rozpieściła. Z drugiej strony jednak to Finlandia, więc cudów się nie mogłem spodziewać.
sobota, sierpnia 30, 2008
Atlantic City
W sierpniu 2008 wyskoczyłem do Atlantic City. Wyprawa jak najbardziej udana pomimo, że przegralem $100 grając w Black Jack'a. Miasteczko czyste i zadbane. Wprawdzie nie jest konkurencją dla Las Vegas, ale z braku laku i dobre to. Przynajmniej podróż autem z Long Island trwała tylko 3 godziny.
Rainforest Cafe pierwszy raz odwiedziłem w Cancun, a że miejsce mimo iż drogie to posiada naprawdę fajny klimat i dobre żarcie to nie mogłem sobie odmówić.


Rainforest Cafe pierwszy raz odwiedziłem w Cancun, a że miejsce mimo iż drogie to posiada naprawdę fajny klimat i dobre żarcie to nie mogłem sobie odmówić.
niedziela, lipca 27, 2008
Washington DC
wtorek, lipca 24, 2007
Urlop
Urlop zaliczony!!
Powrót do Europy okazał się bardzo udany. Miły to zakątek świata!! Co najważniejsze, po dłuższej nieobecności człowiek może się nią ponownie nacieszyć.
Fotek z wakacji szukajcie na
http://hikingthepyrenees.blogspot.com
Powrót do Europy okazał się bardzo udany. Miły to zakątek świata!! Co najważniejsze, po dłuższej nieobecności człowiek może się nią ponownie nacieszyć.
Fotek z wakacji szukajcie na
http://hikingthepyrenees.blogspot.com
wtorek, czerwca 26, 2007
Wild, Wild NY
Zanim zacznę o tym o czym powinienem, to tylko wspomnę, że mam teraz w pracy urwanie głowy, bo mamy koniec fiscal year i jestem trochę overworked... dlatego ten tekst rodzi się powoli i w bólach.


Ładna chmurka :)









330 (532 km)mil w obydwie strony... czyli 2.5 godziny w podróży by dotrzeć do celu i 3h spowrotem. A tylko po to by opuścić „płaskie” Long Island i dotrzeć do najwyższej góry w paśmie gór Catskill.
Góra wysoka na 4040 stóp (1234m) miała być moją próbą generalną przed wyprawą w Pireneje. Egzamin zdany – przeżyłem. Nie było jednak lekko.
O 8.00 spotkałem się ze znajomym i wyruszyliśmy w kierunku zachodnio północnym kierując się upstate. Była to moja jak do tej pory najdalsza wycieczka w głąb kontynentu. What a shame... ale co zrobić. Obiecuję się poprawić. Droga upływała nam na robieniu zdjęć, durnych pogawędkach o niczym i słuchaniu muzyki. Krajobraz po minięciu New York City robi się „dziki”. Coraz mniej zabudowań, coraz więcej zieleni. Ale pomimo tego świetne drogi, mosty które kierują cię w stronę Montreal i Quebec w Kanadzie. Ba, był nawet plan by się tam wybrać, ale poniechaliśmy go szybko. W końcu czekały nas większe atrakcje.
Pierwsze rozczarowanie przyszło podczas wizyty w Mc Donald’s. Nie ma hamburgerów, zaczynają je serwować po godzinie 11.00. Do tej godziny jest śniadaniowe menu, bagle, pancakes i muffins... normalnie skandal, ale nie można było nic na to poradzić. Zjadłem bagle.
Na miejsce dotarliśmy po 11.00 i pełni wigoru skierowaliśmy się w stronę szlaku. Nie spodziewałem się jednak, że najtrudniejszy szlak może być... tak trudny. Po pięciu minutach wysiadłem. Pragnę wspomnieć, że miałem na sobie plecak z balastem. To w ramach sprawdzianu „Pyrenees 2007”. No to pierwsza przerwa :). I tak po 20 minutach wspinaczki mieliśmy dwie przerwy po 5 minut. Zaczęło się byczo. Ale warto zaznaczyć, że kąt wchodzenia może nie wynosił 90 stopni, ale około 70 i to po osuwających się spod nóg kamieniach i skałach. Na szczęście powoli zacząłem chwytać oddech i było coraz lepiej. Śmiało więc skwitowałem, że jak w końcu złapię oddech, to zaczną mnie boleć nogi. Ale do tego dojdziemy. Po około godzinie byłem w stanie wspinać się na Mount Everest, oddech mi się uspokoił, ciało przyzwyczaiło się do zwiększonej dawki tlenu zamiast nikotyny no i nie czułem zmęczenia. Szkoda tylko, że zgubiliśmy szlak. Wprawdzie to nie była zbytnio nasza wina, bo cholernia łatwo go było zgubić, ale błędem było że za mało starania włożyliśmy by go odnaleźć. Kierowaliśmy się w górę wzdłuż strumienia, w końcu idąc wzdłóż strumienia też nie mamy prawa się zgubić. Pech chciał jednak, że doszliśmy do jego źródła, nie będąc nawet w połowie drogi na szczyt. Nie zrażeni jednak tym, stwierdziliśmy, że żadna to przeca filozofia dostać się na szczyt, wystarczy kierować się pod górę. Droga robiła się coraz ciekawsza, bo zaczęło się przedzieranie przez haszcze, drzewa iglaste, pokrzywy, skały... istny hardcore. Po godzinie pierwszej ja z swoim świetnym zmysłem orientacyjnym stwierdziłem, że idziemy w złą stronę. Jak to w złą przecież pod górę? Otóż nie do końca, bo trafiliśmy na dosyć płaski odcinek. Na co mój kompan, że już musimy być blisko szczytu, bo zmieniła się flora... No to ja aktywowałem swój alpejski instynkt. Spojrzałem na zegarek, stwierdziłem, że jak jest po pierwsze i słońce jest tu, to kierujemy się na południe (amatorzy nie wzięli kompasa). Na pytanie w którą stronę powinniśmy się kierować, zostałem uraczony melodyjną odpowiedzią „ nie wiem”. Well, no to kurna idziemy dalej pod górę... W końcu zacząłem wymyślać niestworzone historie, porównując naszą sytuację do Blair Witch Project, wymyślać co się z nami stanie jak zginiemy, jak się pojawi niedźwiedź itd. Było klawo! Mniej klawo zrobiło się o godzinie 2, gdy dotarliśmy (chyba) na szczyt, ale nie w miejscu w którym chcieliśmy się znaleźć... krajobraz wyglądał jak na Tungusce po katastrofie meteorytu. Tutaj moja wyobraźnia sięgnęła zenitu. Zaczęło robić się nieciekawie. Mieliśmy dwa wyjścia, błądzić dalej, albo błądzić starając się wracać. Wybraliśmy bramkę numer 2 i zaczęla się jazda. Niczym John (ten starszy pan) z „Lost” starałem się za wszelką cenę odnaleźć ścieżkę którą wchodziliśmy, ale w związku z tym, że nie jestem łysy, to mi się to nie udało. Postanowiliśmy schodzić prosto w dół, wychodząc z założenia, że dotrzemy do jakiejś drogi. Po godzinie zaczęło w końcu jednak doszliśmy do strumyka. Tutaj euforia została natychmiast ostudzona atakiem komarów i pokrzyw. Nie było wyjścia trzeba było zacząć schodzić strumykiem, co skutecznie obniżyło nam tempo. Zaczęły powoli nas boleć kolana, a z każdym zakrętem atakowało nas rozczarowanie, że to jeszcze nie koniec. Szybka analiza sytuacji mówiła, że na dole powinniśmy być o 16.15 najpóźniej. Ale jak się okazało, nie miało to pokrycia w rzeczywistości z dwóch powodów. Po pierwsze, dotarliśmy do innego strumyka, a po drugie kolana odmówiły mi posłuszeństwa i nie było najmniejszej mowy o jakimkolwiem poruszaniu się. Dalsze zejście na dół przypominało drogę Jezusa na ukrzyżowanie (w szczególności, gdy zobaczycie zdjęcie moich nóg zrozumiecie co mam na myśli). Posuwałem się najmniejszą możliwą prędkością. Nie mogłem zgiąć w ogóle kolan. Tak! Odbywałem walkę z swoim wewnetrznym ja, ze swoimi demonami, które mówiły mi by zrobić przerwę. Tragizm sytuacji zacząłem rozumieć, gdy minęliśmy kupkę ułożonych kamieni. Normalnie Blair Witch Project. Gdyby nie kijek który skutecznie pomagał mi pokonywać centymetr za centymetrem, wywaliłbym spiwór z plecaka i się położył dając moim nogom odpocząć. Pchała mnie do przodu silna wola (szkoda, że przy rzucaniu palenia się nie pojawia), brak zasięgu w telefonie komórkowym i ochota na jakiegoś hamburgera i ice-cream. Nie wiem dokładnie kiedy, ale w końcu natknęliśmy się na cywilizację, a był to rozpadający się wodospad. A po kolejnej pół godzinie dotarliśmy do mostu. BYLIŚMY BLISKO!! I wtedy spotkaliśmy też człowieka!! Tak, istotę ludzką! Moje szczęście nie znało granic. Problem pojawił się, gdy się dowiedzieliśmy, że oddaliliśmy się trochę od naszego szlaku i skończyliśmy na innym. Oba oddalone od siebie o 2 mile. Nie było mowy o przejściu tego odcinka. Moje kolana nadawały się tylko do wymiany. Udało nam się na szczęście wziąć stopa. Miły pan podrzucił nas, młoda niewiasta zmartwiła się stanem moich nóg i kolan (ładna była!!). Skwitowałem to tak, że chciała mnie po prostu poderwać i żałuję do dziś, że nie dałem jej nr telefonu na wypadek, gdyby chciała się dowiedzieć jak się czuję. Najfajniejsze z tego wszystkiego było to, że nie byłem zmęczony. Tzn. Byłem, ale nie byłem zmordowany. Wszystko rozchodziło się tylko i wyłącznie o ból w kolanach, który skutecznie blokował inne impulsy nerwowe.
Wyprawa udała się zajebiście!!
Trasa jaką przejechaliśmy
dla porównania mapa całego NY state.
Trochę zdjęć z trasy
Tutaj kolega dał mi delikatnie do zrozumienia, że jak nie chcę by nas wzięli za terrorystów to lepiej żebym się powstrzymał od robienia takich zdjęć.
Ładna chmurka :)
Wiem, że na was to nie zrobi wrażenia, ale uwierzcie mi, że w dla mieszkańców stanu gdzie ograniczenie prędkości wynosi 55 mph jest to lekko dużo :)

Subskrybuj:
Posty (Atom)














